niedziela, 17 września 2017

[Japonia] Hone my gaze (podróż warta zgubionego bagażu)

środa, 2 sierpnia 2017, 10.30, Fukuoka Women's University



Ceremonia otwarcia.
Jestem spokojna, zrównoważona i pewna siebie do momentu, w którym widzę swoje nazwisko i uświadamiam sobie, że jestem jedną z trzech przemawiających osób, a nie dziewięciu, jak wydawało mi się wcześniej.

Czuję, że moja duma spowodowana dość sensownie skompletowanym na szybko prawie-oficjalnym japońskim strojem ulatuje, gdy dochodzę do wniosku, że właściwie nie mam słów poukładanych w głowie. 
Pokazują mi, jak zacząć. Wchodzę po trzech schodkach, kłaniam się prezydentowi, podchodzę do nauczycieli, kłaniam się im również, dopiero po tym staję za katedrą i mówię to, co chcę. 
Staram się nie myśleć o tym, że moje trampki są nieadekwatne. Brudne i przepocone; są to takie buty, jakie można mieć na sobie, nie nosząc innego obuwia przez ponad dwie ostatnie doby, wliczając trwającą dwadzieścia godzin podróż z drugiego końca świata i temperaturę sięgającą miliarda stopni (w cieniu).

Poszło nie najgorzej.


*

środa, 2 sierpnia 2017, 13.36, FWU

Hone my gaze
to the riches
of detail -
slight as the fur
on a bee's belly
or the veins, thin as breath,
lining a forgotten iris
translucent
as a wing - 
rewards
the hasty eye 
and anxious heart
do not recognize.

Wyostrz mój wzrok, bym mógł dostrzec detale (futro na brzuchu pszczoły, żyłki na tęczówce cienkie jak oddech); takich rzeczy nie zauważy zamglone oko i niespokojne serce. 
Wiersz, który pokazał nam profesor-Filipińczyk na początku pierwszych zajęć utwierdził mnie w przekonaniu, że to jest to. Nie mogłam znaleźć się w lepszym miejscu. Idealnie wpasował się w to, co twierdzę o życiu, dodatkowo ubrał to w ładne słowa. 

*

wtorek, 1 sierpnia 2017, 20.45, park Ohori, Fukuoka

Siedzę na trawie w parku nad jeziorem. Dookoła jest mnóstwo ludzi.
Trwa festiwal fajerwerków i jedzenia. Trzymam w ręku pudełko z jakąś potrawą na patyku, której nazwy nie pamiętam, ale smakuje bardzo japońsko. Patrzę, oczarowana, na wybuchające co chwila na niebie światła.


Właśnie o fajerwerkach mówił następnego dnia profesor-Filipińczyk. Piękno jest ulotne. Jeśli nie wyostrzasz wzroku, żeby je dostrzegać, nic nie ma większego sensu. Magia chwili. 
Moje życie jest w strzępach, ale czerpię z tego pewną masochistyczną przyjemność. Mam niewiele więcej niż ubranie, które noszę i rzeczy w plecaku przy sobie, a gdyby ktoś mnie tu zostawił zgubiłabym się i zginęła. Obce miejsce, obcy ludzie, zerwane połączenie z jakąkolwiek przeszłością.

*

niedziela, 31 lipca 2017, 18:37, port lotniczy Amsterdam-Schiphol

Szukamy naszej bramki odlotu. Zatrzymujemy się na chwilę, bo weszłyśmy na przezroczysty fragment podłogi w walizkowy wzór, przez który widać taśmy, którymi - domyślamy się - jeżdżą bagaże. 


Zastanawiamy się, czy nasze walizki już tędy przejechały.

wtorek, 2 sierpnia 2017, 0:14, ławka pod lotniskiem w Fukuoce

Wtedy, w Amsterdamie - nie, nie przejechały.
Korean Air nie dostał naszego bagażu podczas przesiadki. 
Ledwo stałam na nogach, gdy skończyły się wszystkie procedury związane z wpuszczeniem nas na terytorium Japonii (wypełnianie dokumentów, nie, nie mamy narkotyków, perfum ani owoców, zdjęcia, odciski palców, odpowiadanie na pytania, kolejki). Jestem podekscytowana jak fiks, bo jestem tu, żyję, przygoda się zaczyna etc, ale jedyne, czego chcę, to być już w hostelu, umyć się, leżeć i spać.

No cóż.

Jest po północy, a ja mam
1. brak bagażu
2. brak hostelu, bo dotarłyśmy do niego za późno (check-in do 21, zamknięte drzwi i karteczka na nich)
3. brak dachu nad głową, bo lotnisko - jedyne znane nam miejsce w Fukuoce - zamknęli o 21.40
4. ławkę
5. bagaż podręczny, co oznacza jedne zapasowe spodenki, trochę jedzenia, wielką poduszkę w kształcie kury i dwa zestawy pasta+szczoteczka do zębów, pamiątkową smaodzielnie ozdabianą pamiątkową miseczkę z lotniska w Seulu, kapcie z samolotu i inne bezużyteczne w tej chwili drobiazgi
6. onigiri i ironicznie kupioną w 7-Eleven herbatę jaśminową "Relax"


7. Ból istnienia jak stąd na księżyc
8. Wi-fi (bardzo ważne w japońskim survivalu!!!)
9. Mglistą perspektywę możliwości przenocowania nas w domu przyjaciela So (dziękuję, So, uratowałeś nam nadzieję na przetrwanie)

Więc - konkluzja - o co mi chodzi z tymi chwilami i hone my gaze, i całą resztą. Ważne jest przeżywanie dużo i, co nawet bardziej istotne, przeżywanie skrajnych rzeczy. To nienormalne, ale tak, cieszę się, że zginął mi bagaż. Na hostel jestem zła, bo i tak ściągnął mi kasę za nocleg, ale gdyby nie ich dziwne zasady przyjmowania gości, nie trafiłabym do tradycyjnego japońskiego domu. Na lotnisko też jestem zła, bo fajną rzeczą w pozostaniu bez niczego byłaby na przykład toaleta.
Ale wszystko to złożone razem tworzy nieprawdopodobną i abstrakcyjną historię i jest skrajne w takim stopniu, w jakim tylko to możliwe bez narażania życia i zdrowia. Gdyby nie to, nie przeżyłabym pierwszych chwil na uniwersytecie, pierwszych lekcji, festiwalu fajerwerków i całej reszty w tak pełny i złożony sposób i nie wiedziałabym, jak bardzo wściekłym i szczęśliwym można być w tym samym czasie. 

W następnym japońskim odcinku: jedzenie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz