środa, 28 kwietnia 2021

Throwback: Nagasaki

Scroll for english

Gdy ktoś pyta mnie, jakie jest moje ulubione miejsce w Japonii, odpowiadam: Nagasaki. Nie wiem, czy to kwestia w miarę obiektywnej oceny miejsca, czy po prostu wrażenie, które na mnie wywołało, było spowodowane faktem, że to jedno z pierwszych miast, jakie odwiedziłam w tym kraju. 

Z pewnością jednak bardziej niż moja własna odpowiedź bawi mnie reakcja losowych ludzi na nią. Pytają: serio? To tam tak normalnie mieszkają ludzie? Stoją budynki i tak dalej?

Tak, wszyscy wiedzą, że na Nagasaki spadła bomba. Gdyby nie ona, większość przeciętnych przedstawicieli świata zachodniego w ogóle nie kojarzyłoby, że istnieje takie miasto.

9 sierpnia 1945, godzina 11.02 - w tym momencie ustalony został wizerunek tego miasta dla kolejnych pokoleń. W końcu to nie byle co, taka bomba. Bardzo ładny widok. Żartuję. Mniej zabawne jest to, że wcale nie tam miała spaść. Pierwotnym celem była Kokura, miasto położone kilkadziesiąt kilometrów na północ, ale przez pokrywę chmur, zdecydowano, że będzie to Nagasaki. Warunki atmosferyczne przesądziły o życiu i śmierci od 40 do 70 tysięcy ludzi. Jedna decyzja, jedna chwila. Jednych uratowała, innych straciła. A jak mówię Wam, że geografia jest ważna, to nie wierzycie. 

 

Po zrzuceniu bomby pozostały do dziś ruiny katedry Urakami (największego wówczas kościoła tej części świata), muzeum i park pokoju. 

Zaraz zaraz, jakiej katedry?

Traumę 1945 poprzedza kilkaset lat fascynującej historii Nagasaki. Nie chcę brzmieć jak ze spotu reklamowego. Ale przez dwieście lat Nagasaki były jednym z zaledwie kilku portów, które akceptowały jakiekolwiek kontakty kraju kwitnącej wiśni z zagranicą. Korzystali z tego Chińczycy, Portugalczycy i Holendrzy. Jezuici i franciszkanie rozprzestrzeniali w Japonii chrześcijaństwo, które zresztą było aktywnie zwalczane przez Toyotomiego Hideyoshi, ale jednak nie do końca, bo pewne idee przetrwały. 

Teraz tego nie widać w krajobrazie miasta, albo raczej pozostaje to niedostrzeżone na pierwszy rzut oka (Japończycy lubią powiększać swoje terytorium przez osuszanie morza), ale od XVII do XIX wieku funkcjonowała tam sztuczna wyspa Dejima przeznaczona dla holenderskich kupców - po tym jak Portugalczycy zostali już wypędzeni, bo byli zbyt chrześcijańscy. Tą ścieżką docierały do Japonii różne towary i idee, a inne z niej wypływały. Japonia była zamknięta, ale w Nagasaki pełno było świata. A przynajmniej, hm, w pewnych zamkniętych fragmentach tuż obok Nagasaki. Starano się go trzymać na dystans poprzez ścisłe kontrole łącznie z wymontowywaniem steru statku podczas pobytu w porcie. 

W drugiej połowie XIX wieku Japonia wkroczyła w wiek modernizacji. Bardziej wymusiły to czarne statki komodora Perry'ego niż chęć Japończyków do integracji z nami, no ale wkroczyli, raz a dobrze. Szkocki kupiec Thomas Glover rozwinął wiele przedsiębiorstw w Nagasaki, między innymi zbudował pierwszą w Japonii nowoczesną stocznię. Handlował bronią. Kupił koncern Mitsubishi. Zbudował dom w stylu kolonialnym. Można go zwiedzać. Jest ładnie, europejsko. Widok na zatokę z portem. Werandy, kominki i fotele jak u twojej babci. 


Tuż obok rezydencji Glovera mamy holenderskie zbocze (Dutch slope), gdzie w XIX wieku mieszkali zagraniczni kupcy. Dzisiaj można kupić tam pamiątki i spróbować castelli w różnych smakach. 

I kościół Oura. Widziałam więcej kościołów w Japonii i wcześniej, i potem, ale żadne architektonicznie nie przypominały europejskich kościołów. Ten przypomina. Nie próbuję powiedzieć przez to, że wszystko, co wygląda europejsko jest w Japonii lepsze, bo nie po to leciałam osiem tysięcy kilometrów, żeby czuć się jak w domu. Raczej chodzi o unikatowość i różnorodność. Kościół katolicki, a przed nim dwie palmy. 

Kilka przystanków tramwajowych dalej, na zboczu wzgórza, świątynia buddyzmu zen Sofukuji z XVII wieku. Też inna od większości świątyni buddyjskich w Japonii - bardziej chińska, bo Chińczycy tam mieszkali i sami ją budowali. Dlatego też to w Nagasaki znajduje się jedno z kilku chinatown w Japonii. Małe, bo małe, zaledwie jedna ulica, ale się liczy. No i mają świątynie konfucjańską - znowu, jedną z niewielu w Japonii. Chińska dzielnica wcześniej to też była wyspa, tak jak Dejima. Teraz jest bardzo dobrze wrośnięta w tkankę miasta, albo raczej obrośnięta miastem tak dokładnie, że wszystko stało się jednym. Japonia, Chiny, Europa. Globalizacja w pigułce. 

Przez rok mieszkałam dwie godziny drogi od Nagasaki (autobusem, pociągiem może trochę szybciej). 
Byłam tam raz, na jednodniowym wypadzie, praktycznie na samym początku. Miasto tak mnie oczarowało, że obiecałam sobie, iż wrócę tam jeszcze, wiedząc jednocześnie, że to mało prawdopodobne (bo tyle jeszcze innych nieodkrytych miejsc czekało). 
Chciałabym wierzyć, że jeszcze mi się to uda. I że wjadę kolejką linową na górę Inasa, by zobaczyć nocny widok wart miliona dolarów. I że zobaczę most, który odbijając się w wodzie, wygląda jak okulary. Pójdę do tej malajskiej restauracji, o której mówiła mi Fara. Popłynę na opuszczoną wyspę Gunkanjima. Jest tam pełno poprzemysłowych i mieszkalnych obiektów, dziś nikomu niepotrzebnych. Wejdę do wnętrza kościoła Oura, na który szkoda mi było tysiąca jenów ostatnim razem. Jeszcze raz porozmawiam z ludźmi, którzy składają papierowe żurawie pod muzeum bomby atomowej, a potem jeszcze raz zjem kastellę. Kastella to takie zwyczajne ciastko, które zjadłabym w Polsce bez cienia entuzjazmu, ale tam była to euforia smakowa, bo Japończycy nie pieką normalnych wypieków. 

Nie będę się spieszyła. Jeśli dobrze trafię, przyjadę na festiwal Nagasaki Kunchi, który w różnych formach składa hołd wielokulturowej przeszłości miasta. 

Miejsca rzadko kiedy są takie, jakimi wydają się na początku. Nagasaki to pewnie jeden z bardziej skrajnych przykładów ze świata. Ma charakter, który trudno jest opisać słowami, jakby coś tkwiło w powietrzu, a nie są to raczej resztki radioaktywnych oparów. Czy to tramwaje? Zaduma tysięcy papierowych żurawi w parku pokoju? Chińskie lampiony, czerwone świątynie i zapach champonu? Wiktoriańskie wnętrza z widokiem na ogromne statki wycieczkowe? Pewnie wszystko po trochu. 





[ENGLISH]

When someone asks me what is my favourite city in Japan, I say: Nagasaki. I am not sure whether it is an objective analysis of the place or just the impression it gave me as one of the first cities I visited in this country. 

But certainly more than my own answer I am being amused by random people's reactions to it. They ask: really? Do people live there normally right now? Do they have buildings and stuff?

Yeah. Everyone knows that atomic bomb was dropped on Nagasaki. If it were not for it, most of average representatives of the western world wouldn't even know a city named like this exists. 

9 August 1945, 11.02 a.m. - this exact hour established the image of the city for next generations. After all, you have to admit, it is something. The bomb. Pretty view. I am kidding. Even less fun is knowing that it wasn't supposed to fall there. The original target was Kokura, a city located a few dozen kilometres north, but because of thick cloud cover, they decided it would be Nagasaki. Weather conditions determined the life and death of 40 to 70 thousand people. One decision, one moment. Some saved, others lost. And when I tell you geography is important, you don't believe. 

After the bomb was dropped, the ruins of Urakami cathedral (the largest church in this part of the world at that time), museum and a peace park have remained until now. 

Wait, what cathedral?

The trama of 1945 was preceded by several hundred years of Nagasaki's fascinating history. I don't want to sound like I'm in an advertising spot. But for 200 years Nagasaki was one of several places in whole Japan that accepted any contacts with the outside world. 

Chinese, Portuguese and Dutch used this fact. Jesuits and Franciscans spread christianity in Japan, which, by the way, was actively fought by Toyotomi Hideyoshi, but not entirely, because some ideas survived. 

Now it is difficult to see in the city landscape, or rather it remains undetected at first glance (Japanese like to expand their territory by drying the sea), but from 17th until 19th century there was an artificial island called Dejima intended for Dutch merchants - after Portuguese have already been expelled for being too Christian. This way many kinds of goods reached Japan, and many ideas too, and some were spread from Japan this way. Japan was closed but Nagasaki was full of the world. Nagasaki or, hm, at least some particular closed areas next to it. They tried to keep it under control by strict rules including, for example, removing the rudder of the ship while in the harbor. Just in case. 

In the second half of 19th century Japan entered the age of modernization. More forced by commodore Perry's black ships than by Japanese willingness to integrate with the world. But once they stepped in, they did it for good. Scottish merchant Thomas Glover developped number of business in Nagasaki including the first modern shipyard in Japan. He traded weapons. He bought Mitsubishi. He built a big clonial-style house. It can be visited now. It is pretty. With view on the bay and harbor. Verandas, fireplaces and armchairs like in your grandma's house. 

Right next to Glover's residence we have Dutch slope where more foreign merchants lived in 19th century. Today you can buy souvenirs there and taste castella in many flavours. 

And the Oura church. I saw more catholic churches in Japan before that and after, but none of them architecturally resembled European ones. This one does. I'm not trying to say that everything in Japan that looks European is better. It is not why I moved eight thousand kilometres away from home. It is more about its uniqueness and variety. Catholic church and two palm trees in front of it. 

A few trams stops from there, on the hillside, there is the zen buddhist temple Sofukuji from 17th century. It looks different from most of thousands of buddhist temples in Japan - it is more Chinese because Chinese lived there and built it themselves. That's also why we have one of few chinatowns in Japan there. Small, nothing crazy, maybe only one main street. But it counts. And they have confucian temple too - again, one of the few in Japan. Chinese district was previously and island, just like Dejima. Throughout time it has grown into the rest of the city very well - or rather, the city grew around it, and by now everything became one. Japan, China, Europe. Globalization within once city. 

For one year I was living two hours away from Nagasaki (by bus, it may be a bit faster by train). 
I went there only once, for one-day trip, at the very beginning of my stay in Japan. The city enchanted me and I promised myself I would return there some day, while being aware of how unlikely that was (there were too many other places to visit). I would like to believe that I will still go there.
That I will take a cable car to Mount Inasa and see a million-dollar night view. And that I will see a bridge that looks like glasses because of its reflection in the water. I'll go to that Malaysian restaurant Fara told me about. Maybe even go to abandoned island of Gunkanjima. It is full of post-industrial and residential facilities, completely unnecessary nowadays. Maybe even see inside of Oura church, on which I didn't want to spend 1000 yen last time. Once again I will talk to the people making paper cranes in front of the atomic bomb museum. And eat castella again. Castella is nothing special, in Poland I would see it as the most ordinary cake, without a hint of enthusiasm, but back then it tasted like euphoria because Japanese usually don't know how to bake cakes. 

I will not rush. And if I go during the right time I will experience Nagasaki Kunchi festival which in various ways pays homage to the city's multicultural past. 

The real places are very rarely what they seem at a first. Nagasaki is maybe one of the most extreme examples in the world. It has a vibe that is difficult to describe with words, as if something was in the air, and it is not remnants of radiation. Small cute trams? Thousands of paper cranes in the peace park? Chinese lanterns, red temples and the smell of champon? Victorian interiors overlooking huge cruise ships? Probably all of it, combined. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz